Samoocena jest podstawą wszystkiego. To od niej zależy nasz rozwój, nasz sukces, nasze szczęście i nawet miłosne relacje. To samoocena wpływa na to, ile zarabiamy i czy awansujemy. I to właśnie od niej zależą nasze dobre lub kiepskie stosunki z innymi ludźmi. Niektórzy o tym wiedzą, inni nie, a jeszcze inni słyszeli, ale i tak nie wierzą, traktując to jako psychologiczną demagogię. Tymczasem jest to zasada silna tak samo, jak prawo grawitacji. Po prostu działa niezależnie od naszej wiary i wiedzy, kształtując nasze życie z siłą prawdziwego tornado.

Jak zatem to się dzieje? Jeśli lubimy siebie, wysyłamy do wszechświata informację, że zasługujemy na dobro, dostatek, udany związek, wartościową przyjaźń, świetną pracę. Lustrzany wszechświat odzwierciedla wszędzie nasze myśli i przekonania, przyciągając do nas miłe osoby, pozytywne zdarzenia i pełne miłości doświadczenia. Człowiek, który kocha siebie i szczerze uważa, że zasługuje na wszystko co najlepsze, mocą swojego umysłu tak kształtuje wydarzenia, że zasadniczo spotykają go w życiu głównie wspaniałe rzeczy i tylko całkiem drobne niepowodzenia.

W relacjach działa to podobnie. Każdy kogo spotykamy na swojej drodze odzwierciedla nasze myśli o nas samych. Jeśli siebie szanujemy i doceniamy, to poznajemy osoby, które odnajdują w nas nasze najlepsze cechy i traktują nas z sympatią. Jeśli jest odwrotnie, jeśli myślimy o sobie krytycznie, to prędzej czy później doświadczymy złośliwego ataku, pomówienia, awantury, oskarżenia, które po bliższej analizie będzie odbitką naszych wątpliwości. Czasem taki wzorzec myślowy może być głęboko schowany w podświadomości, więc go nie zobaczymy. Ale pracując w odpowiedni sposób można wydobyć go na powierzchnię i uzdrowić.

W relacjach osobistych jest do dość dokładne przełożenie, które zachwyca mnie skuteczną receptą na szczęśliwy związek. Jeśli kocham siebie – jestem kochana, jeśli szanuję siebie – jestem szanowana, jeśli jestem wierna sobie – nie jestem zdradzana. Proste. W teorii rzecz jasna, bo polubić siebie i dbać o wysokie poczucie wartości wcale nie jest łatwo. Myślę, że najtrudniej odkryć w sobie te wszystkie mury, które zbudowaliśmy sami przeciwko sobie, nie zdając sobie sprawy, że wstyd, pokora czy skromność często są przereklamowane.
Jeśli ktoś myśli, że ten zasób dobrych lub niedobrych wzorców jest zależny od jakichś zewnętrznych czynników albo wprost – od szczęścia, to niestety jest w błędzie. To jasne, że jesteśmy różni i różnie ukształtowani wewnętrznie, ale każdy z nas nosi w sobie rozmaite niekorzystne wzorce, które trudno odszukać i nazwać, a które sabotują nas i nasze szczęście na tysiąc sposobów. Nie ma w tym względzie wyjątków, dotyczy to wszystkich ludzi. Także tych, którzy mieli szczęśliwe dzieciństwo, ponieważ bycie rozpieszczanym także tworzy wzorce, chociaż inne niż w przypadku traumatycznych doświadczeń.

Warto pamiętać, że kompleksy, które w sobie nosimy, nie są naszą winą. W żadnym wypadku. Ktoś może pomyśleć, że negatywne wzorce wynikają z błędnego myślenia, czy braku mądrości. Tak nie jest. To najczęściej jakaś matryca poza naszą świadomością. Coś, o czym nie wiemy i do tworzenia czego nie przyłożyliśmy ręki. Ale postrzeganie tematu poprzez pryzmat winy powoduje automatyczne blokowanie uzdrowienia. Czasem lepiej nie wierzyć w jakąś teorię, niż przyznać, że jest się omylnym człowiekiem. Uznanie swojego błędu jest dla niektórych ludzi nie do przyjęcia. Przy skrajnie niskiej samoakceptacji to bardzo boli. Boimy się odrzucenia i krytyki, dlatego nie chcemy uznać, że mamy w sobie coś „do naprawy”. Wolimy wyśmiać taką teorię i żyć tak, jak żyliśmy dotąd.

Tymczasem wzorce, o których tutaj piszę, często są nieuświadomione. Schowane w naszej podświadomości wpływają na nasze życie, lecz wymykają się logicznemu pojmowaniu. Ich źródło drzemie w przeszłości, kiedy doświadczaliśmy różnych skomplikowanych sytuacji jako wrażliwe dzieci. To mogą być i proste zdarzenia. Czasem wystarczą wymagający rodzice, którzy nigdy nie umieli pochwalić nas za dobre oceny. Działa tutaj z pewnością także czynnik powtarzalności. Dziecko, które stale słyszy, że „mogło być lepsze”, czyli mogło przynieść wyższą ocenę, koduje w sobie wzorzec: „nie jestem dość dobry”. To wystarczy, aby w środku jego podświadomości mocno rozgościło się poczucie bycia gorszym od reszty świata.

A to poczucie może zakorzenić w nas przekonanie, że nic dobrego nam się nie należy, że na nic pięknego nie zasłużyliśmy. Patrzymy na innych ludzi z myślą, że bogactwo, zdrowie, odwzajemniona miłość, sukces, samospełnienie przypadają w udziale tylko tym, którzy są lepsi od nas. Tym, którzy byli grzeczni, pracowici, mądrzy, posłuszni albo inteligentni. Wszystkie uznane w dzieciństwie deficyty stają się murami, które oddzielają nas od szczęśliwego życia, kiedy z wewnętrzną pokorą myślimy o sobie, że jesteśmy „inni” od nich. To oczywiście iluzja. Paradoksalnie, ci ludzie myślą tak samo o sobie, zgodnie z wzorcami, które w sobie poukładali, najczęściej nieświadomie. Kulminacyjnym punktem może być przebudzenie do prawdy, że jesteśmy doskonali dokładnie tacy, jacy jesteśmy. Tu i teraz.

Bogusława M. Andrzejewska